Budzę się na wiosnę

Nieźle, co? Jak się okazuje marzec to czas, kiedy zaczynam blogować. Kwiecień – kiedy kończę 😉 Bardzo mi daleko do perfekcji hehe ale każdy ma zrywy, każdy traci czasem motywację. Życie to ścieranie się wizji i fantazji z rzeczywistością, winszuję tym, u których się pokrywa.

Za bajtla prowadziłam pamiętniki. Zaczynałam jeden, próbowałam prowadzić log, później znajdowałam niezapisaną książeczkę rok później, pustą. Miłość do artykułów piśmienniczych trwa nadal, acz wiem, że nie ma co kupować, wystarczy oglądać, bo może i minęło kilkanaście lat od bycia dzieciakiem ale systematyczna jestem dalej jak gówniarz. Jestem gówniarą i okej mi z tym… tylko czasem wizja bierze górę i wtedy oszukuję się, że może mi się uda blogować.

Mój minimal pursuit stanął w miejscu. Z odgracania przerzuciłam się na niegromadzenie. Mieszkam po drugiej stronie kraju, ale wiem, że niebawem wrócę. Ogarnianie dwóch miast, dwóch mieszkań, kilkanaście, niekiedy kilkadziesiąt godzin miesięcznie w polskim busie – misja to nie zwariować a nie minimalizować posiadanie.

Budzę się na wiosnę, zobaczymy, co będzie.

Advertisements

So Far So Good

_IGP0118

Święta były stresujące jak zwykle. Oby to całe odgracanie dało mi przestrzeń niezbędną do poczynienia zmian w głowie i żebym, ciesząc się niezależnością i nie bojąc się w kólko o stan posiadania, mogła podejmować ryzyko i decyzje, które będą moim własnymi, bez konieczności konsultowania z rodziną wszystkiego cały czas. Nuda? Tak!

A zatem – zaczęłam od ciuchów…

…i jest dobrze, bo nie sądziłam, że pozbywanie się rzeczy może być tak proste. Jasne, jest czasochłonne i bardzo chce, żeby już było po wszystkim ale okazało się, że decyzje dotyczące tego, co zostawić, co sprzedać, co oddać znajomym i potrzebujący i co nadaje się na przemiał są dużo łatwiejsze niż zakładałam. Mam  już 360 litrów ciuchów, które robią wyjazd z szafy (czyli 3 potężne wory na śmieci) a to jeszcze nie koniec. Postanowiłam nie zajmować się na razie letnią garderobą bo mimo tego, że już prawie kwiecień to Polska przykryta jest śniegiem. Nie wiem jak się zająć letnimi ciuchami bo nie wiem co będę nosić latem. Ciężko jest wymyślić, jak ma wyglądać moja ponadczasowa, letnia garderoba gdy za oknami ani śladu wiosny także wrócę do tego za parę miesięcy. Ale póki co jest nieźle.

Going minimal

Okazało się, że niepoczeba mnie tyle rzeczy. Zmęczenie postępowało. Zaczęłam łapać się na tym, że gdy wracam do rodzinnego miasta nie mam siły chodzić z podekscytowaną mamą na shopping. Jest mi głupio, bo zamiast dobrze się bawić i doradzać, mówić co ssie a w czym mama wygląda ekstra zastanawiam się po co nam kolejna rzecz. Rzeczy przestały dawać mi poczucie bezpieczeństwa i zastanawiam się, co dają w takim razie moim bliskim. Zanim dotarło do mnie jak bardzo jestem zmęczona to niby wiedziałam, że konsumowanie jest zaprogramowane a potrzeby są produkowane przemysłowo, jakoś jednak niespecjalnie przeszkadzało mi to w szukaniu pocieszenia w kupowaniu. Niby powinnam się otrząsnąć cztery lata temu, gdy większość moich rzeczy spłonęła w pożarze i okazało się, że mój status materialny pogorszył się ale moja pozycja w grupie – czyli sfera, która w dużej mierze w kulturze zachodniej wiąże się z kasą – pozostała niezmieniona. By wydobyć się z długów po pożarze zaczęłam zarabiać mimo dziennego toku studiów. Okazało się, że zarabiam na tyle okej, że zaczęłam gromadzić rzeczy. Czemu? Pewnie by zapchać dziurę po pożarze i po tym, że w domu rodzinnym często trzeba było zakupy planować, być stale uzbrojonym w sporą dawkę cierpliwości by coś w końcu zamieć. Dałam się nabrać na manie, które sprawia, że być kręci się wokół mieć i jest de facto pasmem frustracji, wycia do księżyca, że nie ma kasy na zmianę ze sprzątaniem bo każda z posiadanych rzeczy wymaga uwagi, czasu na konieczną ich konserwację i reperację oraz kolejnych z tym związanych nakładów finansowych.

Jaram się nie posiadaniem ale nie do tego chcę dążyć, bo też nie to, ile rzeczy się ma jest ważne, ale jak się do nich podchodzi (zobaczymy co powiem za parę miesięcy hehe 😉 ). Chcę dążyć do posiadania rzeczy, które są either extremely useful or extremely pleasurable czyli albo superprzydatne albo sprawiające mi superradość. Moje zasoby finansowe prawdopodobnie stawiają mnie w pozycji minimalistki par excellence i mogłyby wydać się zabawne wielu a już na pewno ograniczanie konsumpcji w przypadku i tak miernego konsumowania do tej pory to może i komedia ale niezależnie od tego ile mam w portfelu dojrzałam do tego, by ograniczyć ilość rzeczy i zobaczyć co z tego wyjdzie. No to czas start! Zobaczymy jak mi się uda ta cała historia!

Tu, na dobry początek historia rzeczy według Annie Leonard