Moja historia w pigułce ;)

Martwiłam się, że nie mam jak mierzyć swoich sukcesów i żałowałam, że nie robiłam zdjęć i nie będę mieć eleganckiego before/after 🙂 Ale w ramach świąt w starym mieszkaniu znalazłam kartkę z pomiarami, które zrobiłam prawie równo rok temu. Zmierzyłam się znowu, dopisałam wyniki i zrobiłam zdjęcie. Oto efekt!

WP_20140416_8094

Plus minus straciłam 10 cm wszędzie! Nie poddawajcie się a dobre rzeczy przyjdą, nie byłam na diecie, zaczęłam po prostu lepiej jeść, regularniej, oraz wprowadziłam sport w rozkład dnia – codziennie. To jest takie proste 🙂
A Wy, jesteście zadowoleni z jakości swojego życia? Ze swoich postępów? Dajcie znać!

Treningowe podsumowanie tygodnia

_IGP0037

Z okazji niedzieli, żeby nie było, że tylko umiem narzekać zrobię dziś treningowe podsumowanie tygodnia. Zdecydowanie wolę podsumowania niż plany – skąd mam wiedzieć co stanie się jutro?

“I, not events, have the power to make me happy or unhappy today. I can choose which it shall be. Yesterday is dead, tomorrow hasn’t arrived yet. I have just one day, today, and I’m going to be happy in it.”

― Groucho Marx

_IGP0023

Poniedziałek:
Pobiegłam 5km z Gdańska do Sopotu, wróciłam marszobiegiem.
Wtorek:
3km na bieżni + siłownia (maszyny) + brzuch
Środa:
15 minut na rowerku + 2 rundy z kettlebell + przysiady ze sztangą + brzuch
Czwartek:
15 minut rozgrzewki a potem takie dywanówki:
10 Minute Ab Workout: How to Get a Six Pack
+ Homemade Protein Bars and Calorie Burning Workout 
Piątek:
23 min biegania po okolicy dla rozgrzewki + dywanówki ze czwartku
Sobota:
Relaks. Wypad rowerowy do parku.
Niedziela:
50 minut cardio (bieganie)

_IGP0039_IGP0058
Fotki pochodzą z sobotniego wypadu do parku

Prawdopodobnie przyszły tydzień będzie podobny. Jak mi się skończy karnet na siłkę to planuję się przygotować do biegania 10km + ćwiczyć w domu. Zobaczymy jak i czy to wyjdzie 🙂 Pozdrawiam niedzielnie, mam nadzieję, że Wasz tydzień treningowy był równie udany, dajcie znać jak było!

Zdrowa szafa

wosz Zdrowy styl życia to taki, który pozwala na to, że czujesz, że jesteś w równowadze, że wszystko jest na swoim miejscu – fizycznie i psychoemocjonalnie. Wszystko – moim zdaniem – co odczuwane jako zakłócające balans, wszystko o czym myślimy, że jest nie w porządku to niepotrzebny balast z którym trzeba coś zrobić, żeby uwolnić głowę. Czasem przeszkadzają kilogramy tłuszczu a czasem kilogramy rzeczy, np. rzeczy w szafie. Jako, że fajne z nas ludzi i dbamy juz o siebie, ruszamy się i jemy okej warto na wiosnę sprawdzić, czy nasza szafa nie potrzebuje odchudzenia. Oto kilka rzeczy, które sama stosuję, które mogą pomóc Twojej szafie wskoczyć w mniejszy rozmiar (no, może nie od razu XS ale i tak zawsze coś!) Warto z dostępnych w internecie rad wybrać te, które będą na nas działały: po co układać torebki kolorami jak ma się je tylko trzy albo odbierać sobie radość z posiadania większej ilości rzeczy niż sobie tego internetowi puryści życzą? Bez przesady – jak lubisz te buty to je zostaw, może do nich wrócisz może nie, nikomu nic do tego. Jeśli chodzi o odgracanie szafy to generalnie są dwie drogi: droga minimalisty albo droga organizatora. Możemy albo zredukować chaos albo wprowadzić w życie systemy zarządzania chaosem. Żeby ułatwić sobie sprawę, niezależnie od tego, czy chce się organizować czy redukować to  warto:

  • Zaprosić znajomych bo ze znajomymi będzie sto razy łatwiej. Pamiętacie scenę z Seksu w wielkim mieście?
  • Policzyć swoje rzeczy Bo dobrze jest wiedzieć. Może Cię to zatrwoży, może uspokoi – nie ważne, n początek dobrze jest wiedzieć na czym się stoi. Potem można redukować bo chce się mieć 50 rzeczy albo się wyluzować bo do 300 jeszcze sporo brakuje.
  • Nie kupować teraz Wróć do domu. Poczekaj kilka dni, za te kilka dni się dowiesz czy dalej chcesz to kupić.Nie kupuj rzeczy które są prawie perfekt. Dana rzecz musi sprawiać, że czujesz, że nie może być lepiej. Jeśli cokolwiek Ci nie pasuje – zapomnij o tym, nie kupuj. Kupuj mniej ale lepsze.

Okej, zanim zaprosisz przyjaciół/ki trzeba wybrać modus operandi. Na początek kilka rad i sposobików redukcyjnych:

  • Redukuj często Rok nie było noszone – to chyba nic już z tego nie będzie. Chyba, że to jakieś markowe vintage coś albo coś z bazy, typu czarna ołówkowa spódnica albo biała koszula. Może i było chodzone w dresie od matury ale za miesiąc może trzeba będzie wskoczyć w formalne ciuchy.
  • Ogranicz t-shirty Wybierz sobie tak z 8 koszulek, nie potrzeba Ci więcej. Nie chodzi o bluzki czy koszule. O t-shirty. Jeśli zostawiasz jeden do sprzątania albo do malowania to niech on się mieści w tej liczbie. Pamiętaj: koszulki się zużywają – zanim znów będziesz mieć okazję malować mieszkanie to do tej pory spokojnie załatwisz kilka t-shirtów, będą jak znalazł.
  • One in, one out Określ ilość rzeczy, które chcesz mieć w szafie i trzymaj się tego. Aha, trudniej coś pochopnie kupić jak się wie, że to wyrok śmierci dla czegoś, co już mieszka w Twojej szafie. Muszę to koniecznie wprowadzić.
  • Minimalizm instant Wrzuć wszystko do wora, ogołoć szafę. Każdego dnia wyciągaj coś, co będzie Ci potrzebne, ubieraj, oddawaj do szafy. W  ten sposób się dowiesz co Ci na serio jest potrzebne. Resztę warto przejrzeć w poszukiwaniu ubraniowych klasyków a potem… sru!
  • Minimalizm w miesiąc The Minimalists, Ryan Nicodemus i Joshua Fields Milburn proponują takie coś: dziś pozbądź się jednej rzeczy, jutro dwóch, pojutrze trzech… i tak przez miesiąc. Podobno warto zacząć od pierwszego dnia miesiąca żeby kartka z kalendarza mówiła ile danego dnia rzeczy wylatuje.
  • 100 rzeczy Wymyśl sobie ilość rzeczy, które chcesz mieć w szafie. Albo w ogóle. Następnie redukuj do tej liczby.
  • Użyj połowy Używaj tylko połowy miejsca które możesz przeznaczyć na przechowywanie ubrań i butów(meh, nie kupuję tego;).

Jeśli zaś chodzi o zarządzanie chaosem to lubię to:

  • Ekspozycja Jeśli nie będziesz widzieć tego ciucha albo tego buta to nie będziesz w tym chodzić. Nie chowaj butów w zakamarkach szafy i postaraj się nie wieszać na wieszakach więcej niż jednej rzeczy – daj sobie szansę ubrania czegoś poza swoim stałym outfitem.
  • Systematyzowanie kategoriami Tak! Spodnie razem, topy razem, doły razem, ubrania sportowe razem itd. Spoko opcja, szczegóły przeprowadzenia tego działania zależą od warunków jakie daje nam szafa: czy głęboka, czy płytka, czy składać w kostkę czy wieszać – jak się da.
  • Układanie kolorami Nic dodać, nic ująć. Ja wymiękam, nie robię tego.
  • Wieszak = inwestycja Na paski, na spodnie, na torebki, z łapkami, z haczykami – opcji jest masa. Polecam oczywiście internet. Aha – beznadziejne wieszaki są beznadziejne a kto tanio kupuje dwa razy kupuje (i zbiera ciuchy z dna szafy bo spadły).

Moim zdaniem lepiej jest oczywiście redukować – im mniejsza ilość zmiennych tym łatwiejsze życie. Jak masz jedne portki i jeden płaszcz to masz więcej czasu, pieniędzy, proszku do prania, energii, bo nie musisz konserwować dóbr. Ale wszystko po kolei. Lepiej kupić wygodny wieszak na spodnie i je tam powiesić ale tak, żeby je było widać i żeby były noszone niż pozbyć się czegoś pochopnie. Że tak powiem: whatever works. A teraz tak na serio, z życia wzięte: jedyną rzeczą, która działa na 100% jest nie kupowanie. Dogadaj się ze swoją szafą a potem po prostu nie kupuj. Trzy razy przemyśl, czy to co chcesz teraz kupić jest Ci potrzebne, czy za tydzień będzie równie atrakcyjne i czy widzisz siebie w tym za np. pół roku albo rok. Na mnie to działa – jak nie chcę w tym chodzić za rok – nie kupuję.

szfa

A to moja szafa po tegorocznym odgracaniu. Oczywiście brakuje 2 kurtek zimowych, które wiszą przy wejściu, nie ma tak dobrze! A na dole jeszcze cztery pary butów.

Jeśli macie w planach rozprawienie się ze swoją garderobą i zafundowanie jej diety to koniecznie dajcie znać w komentarzach.  Powodzenia!

Budzę się na wiosnę

Nieźle, co? Jak się okazuje marzec to czas, kiedy zaczynam blogować. Kwiecień – kiedy kończę 😉 Bardzo mi daleko do perfekcji hehe ale każdy ma zrywy, każdy traci czasem motywację. Życie to ścieranie się wizji i fantazji z rzeczywistością, winszuję tym, u których się pokrywa.

Za bajtla prowadziłam pamiętniki. Zaczynałam jeden, próbowałam prowadzić log, później znajdowałam niezapisaną książeczkę rok później, pustą. Miłość do artykułów piśmienniczych trwa nadal, acz wiem, że nie ma co kupować, wystarczy oglądać, bo może i minęło kilkanaście lat od bycia dzieciakiem ale systematyczna jestem dalej jak gówniarz. Jestem gówniarą i okej mi z tym… tylko czasem wizja bierze górę i wtedy oszukuję się, że może mi się uda blogować.

Mój minimal pursuit stanął w miejscu. Z odgracania przerzuciłam się na niegromadzenie. Mieszkam po drugiej stronie kraju, ale wiem, że niebawem wrócę. Ogarnianie dwóch miast, dwóch mieszkań, kilkanaście, niekiedy kilkadziesiąt godzin miesięcznie w polskim busie – misja to nie zwariować a nie minimalizować posiadanie.

Budzę się na wiosnę, zobaczymy, co będzie.

Kupka rośnie

Yaay! Kupka rośnie! / The Stuck is Growing

Yaay! Kupka rośnie! 

myśl:
Blogerzy-minimaliści przekonują, że minimalizm to bycie bardziej szczęśliwszym przy jednoczesnym posiadaniu mniej. Tak sobie pomyślałam – muszą być zaawansowani w swoich zmaganiach, że mają już tyle czasu na pisanie blogów. Podziwiam, to jak wielu z nich potrafi być naprawdę płodnymi w tym, co robią. Ja mam tego bloga w charakterze notatnika/dziennika. To, że jest online wymaga dyscypliny, zmusza mnie by w końcu na serio coś zmienić w życiu przemyśliwując sprawę i ubierając w słowa. A pisarka ze mnie żadna. Ale każdy kiedyś zaczynał, prawda?

fakt:
Jestem niecierpliwa. Jestem ultraniecierpliwa gdy chodzi o sprzedawanie rzeczy online. Czekanie mnie zabija. Ale już na biurku rośnie kupka kopert do wysłania w poniedziałek i niezmiernie mnie to cieszy! 😉

 

 

Going minimal

Okazało się, że niepoczeba mnie tyle rzeczy. Zmęczenie postępowało. Zaczęłam łapać się na tym, że gdy wracam do rodzinnego miasta nie mam siły chodzić z podekscytowaną mamą na shopping. Jest mi głupio, bo zamiast dobrze się bawić i doradzać, mówić co ssie a w czym mama wygląda ekstra zastanawiam się po co nam kolejna rzecz. Rzeczy przestały dawać mi poczucie bezpieczeństwa i zastanawiam się, co dają w takim razie moim bliskim. Zanim dotarło do mnie jak bardzo jestem zmęczona to niby wiedziałam, że konsumowanie jest zaprogramowane a potrzeby są produkowane przemysłowo, jakoś jednak niespecjalnie przeszkadzało mi to w szukaniu pocieszenia w kupowaniu. Niby powinnam się otrząsnąć cztery lata temu, gdy większość moich rzeczy spłonęła w pożarze i okazało się, że mój status materialny pogorszył się ale moja pozycja w grupie – czyli sfera, która w dużej mierze w kulturze zachodniej wiąże się z kasą – pozostała niezmieniona. By wydobyć się z długów po pożarze zaczęłam zarabiać mimo dziennego toku studiów. Okazało się, że zarabiam na tyle okej, że zaczęłam gromadzić rzeczy. Czemu? Pewnie by zapchać dziurę po pożarze i po tym, że w domu rodzinnym często trzeba było zakupy planować, być stale uzbrojonym w sporą dawkę cierpliwości by coś w końcu zamieć. Dałam się nabrać na manie, które sprawia, że być kręci się wokół mieć i jest de facto pasmem frustracji, wycia do księżyca, że nie ma kasy na zmianę ze sprzątaniem bo każda z posiadanych rzeczy wymaga uwagi, czasu na konieczną ich konserwację i reperację oraz kolejnych z tym związanych nakładów finansowych.

Jaram się nie posiadaniem ale nie do tego chcę dążyć, bo też nie to, ile rzeczy się ma jest ważne, ale jak się do nich podchodzi (zobaczymy co powiem za parę miesięcy hehe 😉 ). Chcę dążyć do posiadania rzeczy, które są either extremely useful or extremely pleasurable czyli albo superprzydatne albo sprawiające mi superradość. Moje zasoby finansowe prawdopodobnie stawiają mnie w pozycji minimalistki par excellence i mogłyby wydać się zabawne wielu a już na pewno ograniczanie konsumpcji w przypadku i tak miernego konsumowania do tej pory to może i komedia ale niezależnie od tego ile mam w portfelu dojrzałam do tego, by ograniczyć ilość rzeczy i zobaczyć co z tego wyjdzie. No to czas start! Zobaczymy jak mi się uda ta cała historia!

Tu, na dobry początek historia rzeczy według Annie Leonard