Aktywność na wynos – bycie fit a wyjazd

ww
Jutro wyjeżdżam, prawie do końca miesiąca będę w rozjazdach. Niedługo posypią się na fitblogach posty o tym, jak przeżyć święta, też już na nie czekam, fakt, acz w tym roku święta liczę w godzinach a nie w dniach także Wielkanoc raczej przeżyję bez bólu. Chcę dziś sprzedać Wami kilka wskazówek dotyczących bycia fit podczas wyjazdu, gdy nie ma się dostępu do swojej rutynki, sprzętu, jest się zależnym od innych ludzi w swoich fit przedsięwzięciach. Ja sama często wyjeżdżam na tydzień lub dwa i wypracowałam kilka (póki co tylko kilka) sposobów na to, jak sobie radzić – bo chcieć to móc. Wygląda to mniej więcej tak:

  • Myśl zanim zjesz. Weź ze sobą coś w stylu Sporka (bez problemu do kupienia w sklepach sportowych) i nie rezygnuj ze zdrowego jedzenia. Kup warzywa i je chrup, twaróg, płatki owsiane, jogurt, jabłka, migdały – nawet jeśli w twoim pokoju hotelowym nie ma kuchenki lub jesteś cały dzień w pociągu to w znacznym stopniu ciągle możesz mieć kontrolę nad tym, co jesz. Wiadomo, że podróżowanie to próbowanie miejscowych wyrobów i knajp ale ważne, by robić to z głową – pozwól sobie na wypasione śniadanie albo lokalny deser-specjał ale na jedno z nich, nie oba. Masz w okolicy tylko pizzerię, chcesz coś ciepłego i opcja jogurtu Cię nie bawi? Zamów pizzę bez sera a jak będą pytać czemu powiedz, że masz uczulenie 😛
  • Spandex na wierzch. Spakuj ciuchy do ćwiczeń na końcu, żeby były pierwszą rzeczą, którą zobaczysz po przyjeździe na miejsce – gwarantuję, że od razu zaczniecie się zastanawiać gdzie można by tu poćwiczyć, czy hotel ma siłownię, basen, a może czy mijaliście jakiś dobrze rokujący dla biegania park w drodze do miejsca zakwaterowania?
  • Zrób poranki czasem dla siebie. Wstań wcześniej i poćwicz. Jeśli w pokoju jesteś tylko Ty to super, możesz porobić dywanówki, jeśli masz mało czasu zrób HIIT. Nie zawsze jednak ma się ten luksus – żeby nie pobudzić towarzyszy warto wyjść pobiegać po okolicy albo jeśli pogoda nie sprzyja np. po schodach, tam i z powrotem. Pamiętaj, że jeśli to hostel i mieszkasz z 5 osobami w pokoju wróć na tyle wcześnie, żeby się umyć w spokoju a nie wylądować na końcu kolejki bo wszyscy już zdążyli wstać lub ustal z nimi prysznicowy plan gry poprzedniego dnia. Albo, jeśli nie musisz iść na integracyjny spęd, ćwicz wieczorem, też dobrze!
  • Używaj nóg. Jeśli miasto nie jest rozmiarów megacity a Ty mieszkasz blisko miejsc, do których codziennie się udajesz to zrezygnuj z karty miejskiej czy kupowania biletów komunikacji miejskiej. Poranny szybki krok – to jest to! Postaraj się codziennie znaleźć inną trasę to jeszcze przy okazji zwiedzisz kawałek miasta. Wersja nieco bardziej karkołomna: jeśli miasto ma taką możliwość to w ramach alternatywy warto wypożyczyć rower miejski, ew. skorzystać z wypożyczalni.
  • Ćwicz gdzie się da. Biegaj w kółko po parkingu, wysiadaj i spaceruj na postoju autobusu, rób przysiady na peronie, rozciągaj się w poczekalni i w przedziale, wskakuj na ławki, biegaj po schodach i nie bój się wyglądać głupio – Twoje dobre samopoczucie jest warte dużo więcej niż zdziwione spojrzenia, głupawe. Poza tym a) ludzie nie takie rzeczy widywali i b) jesteś na wyjeździe – prawdopodobieństwo, że jeszcze kiedyś w życiu natkniesz się na świadków swoich wygibasów oscyluje w okolicach ZERA. Zmień buty na sportowe i jazda! A jeśli dalej się wstydzisz to idź do toalety, zarygluj drzwi i pofikaj tam.
  • Ćwicz ile się da. Nie musisz robić 30 min treningu, zrób 3×10 minut. Albo jeden 10 minutowy – nie ważne, ważne, żeby na wyjeździe nie wypaść z gry. Prostota, regularność i brak wstydu – te trzy rzeczy pomagają przetrwać wyjazdy.

Może coś z tego wykorzystacie, jeśli tak jak ja spędzacie 12h w pociągu albo autobusie. A może macie swoje złote sposoby na to, żeby wyjazd nie zamienił się w jeden wielki cheat day (month?!)? Piszcie! Xoxo.

Treningowe podsumowanie tygodnia

_IGP0037

Z okazji niedzieli, żeby nie było, że tylko umiem narzekać zrobię dziś treningowe podsumowanie tygodnia. Zdecydowanie wolę podsumowania niż plany – skąd mam wiedzieć co stanie się jutro?

“I, not events, have the power to make me happy or unhappy today. I can choose which it shall be. Yesterday is dead, tomorrow hasn’t arrived yet. I have just one day, today, and I’m going to be happy in it.”

― Groucho Marx

_IGP0023

Poniedziałek:
Pobiegłam 5km z Gdańska do Sopotu, wróciłam marszobiegiem.
Wtorek:
3km na bieżni + siłownia (maszyny) + brzuch
Środa:
15 minut na rowerku + 2 rundy z kettlebell + przysiady ze sztangą + brzuch
Czwartek:
15 minut rozgrzewki a potem takie dywanówki:
10 Minute Ab Workout: How to Get a Six Pack
+ Homemade Protein Bars and Calorie Burning Workout 
Piątek:
23 min biegania po okolicy dla rozgrzewki + dywanówki ze czwartku
Sobota:
Relaks. Wypad rowerowy do parku.
Niedziela:
50 minut cardio (bieganie)

_IGP0039_IGP0058
Fotki pochodzą z sobotniego wypadu do parku

Prawdopodobnie przyszły tydzień będzie podobny. Jak mi się skończy karnet na siłkę to planuję się przygotować do biegania 10km + ćwiczyć w domu. Zobaczymy jak i czy to wyjdzie 🙂 Pozdrawiam niedzielnie, mam nadzieję, że Wasz tydzień treningowy był równie udany, dajcie znać jak było!

Keep it Simple – wobec klęski fitnessowego urodzaju

Dziś ten post tak na szybko, bo zaraz ze starym jedziemy na rowerkach zwiedzać nieznane zakamarki miasta a jeszcze trzeba jakieś śniadanie wymyślić. Dziś będzie o treningu i o problemie z utrzymaniem ekwilibrium między szaleństwem różnych sposobów na trening, oczekiwaniami, możliwościami a wyrzutami sumienia i grzechem zaniechania.

Rozumiem, że nie potrzebuję eksplozywnej siły, bo nie ćwiczę sztuk walki, nie potrzeba mi rzeźby, bo nie startuję w konkursie Ms. Olympia, nie potrzebuję również stać na przedramionach i dotykać stopami nosa bo pracuję – do cholery – przed komputerem i bycie w formie jest mi tak naprawdę tylko po to, żeby przetrwać kolejny trening 😉 Ja to wszystko wiem, zdaję sobie z tego sprawę ale to wcale mi nie pomaga w zamartwianiu się tym, jak wygląda mój trening. Mam ciągłe poczucie, że powinnam dodać coś nowego – więcej crossfitu, może więcej jazdy na rowerze, może pilatesu więcej, może na jogę częściej? A przysiady z workiem piasku? A bułgarski przysiad z obciążeniem? A tabata? A foam roller, czemu jeszcze, u licha, nie wprowadziłam go do swojej rutynki? Do tego nigdy nie próbowałam TRX, paleo fitnessu, pistol squatu na piłce bosu, wyciskania sztangi leżąc na ławeczce, zajęć hot barre czy jogi połączonej z karaoke… Czy jest jakiś sposób, żeby nie czuć się przybitą i przytłoczoną tymi wszystkimi opcjami? Jeśli chciałabym ćwiczyć wszystko to byłabym na treningu przez cały dzień, nie mając nawet czasu na odpowiednie odżywianie się, które też jest niełatwe do skoordynowanie z rozkładem dnia…

Ponieważ czasem czuję, że jestem u progu szaleństwa, dziś chciałabym pokazać Wam wideo, które w ostatnim czasie mnie może nie tyle uspokoiło co dodało mi trochę otuchy. Chłopaki z The Buff Dudes opowiadają o tym, że nie trzeba wydziwiać, że fitness miewa różne mody i fazy, że warto trzymać się podstaw i nie udziwniać na siłę bo jak sobie w znacznym stopniu utrudnimy to szlag to trafi wcześniej czy później, zniechęcimy się i z aktywności nic nie zostanie. Myślę, że im wierzę (ale oczywiście dalej mam wyrzuty sumienia, że pewnych rzeczy nie robię 😉 a poza tym bawią mnie ich filmy i w stu procentach kupuję ich siłowniany dowcip, rysunki, jęki i ryki w czołówce. Beka.

Vid jest po angielsku, także z góry przepraszam tę część czytelników, dla których będzie to przeszkodą. Aha, nie zrażałabym się tym, że to niby porady dla młodzieży, która zaczyna z kulturystyką – jak dla mnie ich podejście jest uniwersalne i można je rozciągnąć na wszelką aktywność i osoby w każdym wieku.

Best advice we can give to a teenager just starting their weightlifting journey is to keep it simple. Don’t overcomplicate things and most important of all, have fun with it.

A na koniec złota piątka ćwiczeniowa według The Buff Dudes, jeśli kogoś interesuje:

A jak to jest z Wami? Macie wrażenie, że robicie zbyt mało, nawet gdy padacie na nos i gdy dalszy trening nie ma sensu? A może robicie swoje i się nie przejmujecie? A może lubicie mody? Dajcie koniecznie znać.

Zdrowa szafa

wosz Zdrowy styl życia to taki, który pozwala na to, że czujesz, że jesteś w równowadze, że wszystko jest na swoim miejscu – fizycznie i psychoemocjonalnie. Wszystko – moim zdaniem – co odczuwane jako zakłócające balans, wszystko o czym myślimy, że jest nie w porządku to niepotrzebny balast z którym trzeba coś zrobić, żeby uwolnić głowę. Czasem przeszkadzają kilogramy tłuszczu a czasem kilogramy rzeczy, np. rzeczy w szafie. Jako, że fajne z nas ludzi i dbamy juz o siebie, ruszamy się i jemy okej warto na wiosnę sprawdzić, czy nasza szafa nie potrzebuje odchudzenia. Oto kilka rzeczy, które sama stosuję, które mogą pomóc Twojej szafie wskoczyć w mniejszy rozmiar (no, może nie od razu XS ale i tak zawsze coś!) Warto z dostępnych w internecie rad wybrać te, które będą na nas działały: po co układać torebki kolorami jak ma się je tylko trzy albo odbierać sobie radość z posiadania większej ilości rzeczy niż sobie tego internetowi puryści życzą? Bez przesady – jak lubisz te buty to je zostaw, może do nich wrócisz może nie, nikomu nic do tego. Jeśli chodzi o odgracanie szafy to generalnie są dwie drogi: droga minimalisty albo droga organizatora. Możemy albo zredukować chaos albo wprowadzić w życie systemy zarządzania chaosem. Żeby ułatwić sobie sprawę, niezależnie od tego, czy chce się organizować czy redukować to  warto:

  • Zaprosić znajomych bo ze znajomymi będzie sto razy łatwiej. Pamiętacie scenę z Seksu w wielkim mieście?
  • Policzyć swoje rzeczy Bo dobrze jest wiedzieć. Może Cię to zatrwoży, może uspokoi – nie ważne, n początek dobrze jest wiedzieć na czym się stoi. Potem można redukować bo chce się mieć 50 rzeczy albo się wyluzować bo do 300 jeszcze sporo brakuje.
  • Nie kupować teraz Wróć do domu. Poczekaj kilka dni, za te kilka dni się dowiesz czy dalej chcesz to kupić.Nie kupuj rzeczy które są prawie perfekt. Dana rzecz musi sprawiać, że czujesz, że nie może być lepiej. Jeśli cokolwiek Ci nie pasuje – zapomnij o tym, nie kupuj. Kupuj mniej ale lepsze.

Okej, zanim zaprosisz przyjaciół/ki trzeba wybrać modus operandi. Na początek kilka rad i sposobików redukcyjnych:

  • Redukuj często Rok nie było noszone – to chyba nic już z tego nie będzie. Chyba, że to jakieś markowe vintage coś albo coś z bazy, typu czarna ołówkowa spódnica albo biała koszula. Może i było chodzone w dresie od matury ale za miesiąc może trzeba będzie wskoczyć w formalne ciuchy.
  • Ogranicz t-shirty Wybierz sobie tak z 8 koszulek, nie potrzeba Ci więcej. Nie chodzi o bluzki czy koszule. O t-shirty. Jeśli zostawiasz jeden do sprzątania albo do malowania to niech on się mieści w tej liczbie. Pamiętaj: koszulki się zużywają – zanim znów będziesz mieć okazję malować mieszkanie to do tej pory spokojnie załatwisz kilka t-shirtów, będą jak znalazł.
  • One in, one out Określ ilość rzeczy, które chcesz mieć w szafie i trzymaj się tego. Aha, trudniej coś pochopnie kupić jak się wie, że to wyrok śmierci dla czegoś, co już mieszka w Twojej szafie. Muszę to koniecznie wprowadzić.
  • Minimalizm instant Wrzuć wszystko do wora, ogołoć szafę. Każdego dnia wyciągaj coś, co będzie Ci potrzebne, ubieraj, oddawaj do szafy. W  ten sposób się dowiesz co Ci na serio jest potrzebne. Resztę warto przejrzeć w poszukiwaniu ubraniowych klasyków a potem… sru!
  • Minimalizm w miesiąc The Minimalists, Ryan Nicodemus i Joshua Fields Milburn proponują takie coś: dziś pozbądź się jednej rzeczy, jutro dwóch, pojutrze trzech… i tak przez miesiąc. Podobno warto zacząć od pierwszego dnia miesiąca żeby kartka z kalendarza mówiła ile danego dnia rzeczy wylatuje.
  • 100 rzeczy Wymyśl sobie ilość rzeczy, które chcesz mieć w szafie. Albo w ogóle. Następnie redukuj do tej liczby.
  • Użyj połowy Używaj tylko połowy miejsca które możesz przeznaczyć na przechowywanie ubrań i butów(meh, nie kupuję tego;).

Jeśli zaś chodzi o zarządzanie chaosem to lubię to:

  • Ekspozycja Jeśli nie będziesz widzieć tego ciucha albo tego buta to nie będziesz w tym chodzić. Nie chowaj butów w zakamarkach szafy i postaraj się nie wieszać na wieszakach więcej niż jednej rzeczy – daj sobie szansę ubrania czegoś poza swoim stałym outfitem.
  • Systematyzowanie kategoriami Tak! Spodnie razem, topy razem, doły razem, ubrania sportowe razem itd. Spoko opcja, szczegóły przeprowadzenia tego działania zależą od warunków jakie daje nam szafa: czy głęboka, czy płytka, czy składać w kostkę czy wieszać – jak się da.
  • Układanie kolorami Nic dodać, nic ująć. Ja wymiękam, nie robię tego.
  • Wieszak = inwestycja Na paski, na spodnie, na torebki, z łapkami, z haczykami – opcji jest masa. Polecam oczywiście internet. Aha – beznadziejne wieszaki są beznadziejne a kto tanio kupuje dwa razy kupuje (i zbiera ciuchy z dna szafy bo spadły).

Moim zdaniem lepiej jest oczywiście redukować – im mniejsza ilość zmiennych tym łatwiejsze życie. Jak masz jedne portki i jeden płaszcz to masz więcej czasu, pieniędzy, proszku do prania, energii, bo nie musisz konserwować dóbr. Ale wszystko po kolei. Lepiej kupić wygodny wieszak na spodnie i je tam powiesić ale tak, żeby je było widać i żeby były noszone niż pozbyć się czegoś pochopnie. Że tak powiem: whatever works. A teraz tak na serio, z życia wzięte: jedyną rzeczą, która działa na 100% jest nie kupowanie. Dogadaj się ze swoją szafą a potem po prostu nie kupuj. Trzy razy przemyśl, czy to co chcesz teraz kupić jest Ci potrzebne, czy za tydzień będzie równie atrakcyjne i czy widzisz siebie w tym za np. pół roku albo rok. Na mnie to działa – jak nie chcę w tym chodzić za rok – nie kupuję.

szfa

A to moja szafa po tegorocznym odgracaniu. Oczywiście brakuje 2 kurtek zimowych, które wiszą przy wejściu, nie ma tak dobrze! A na dole jeszcze cztery pary butów.

Jeśli macie w planach rozprawienie się ze swoją garderobą i zafundowanie jej diety to koniecznie dajcie znać w komentarzach.  Powodzenia!

Budzę się na wiosnę

Nieźle, co? Jak się okazuje marzec to czas, kiedy zaczynam blogować. Kwiecień – kiedy kończę 😉 Bardzo mi daleko do perfekcji hehe ale każdy ma zrywy, każdy traci czasem motywację. Życie to ścieranie się wizji i fantazji z rzeczywistością, winszuję tym, u których się pokrywa.

Za bajtla prowadziłam pamiętniki. Zaczynałam jeden, próbowałam prowadzić log, później znajdowałam niezapisaną książeczkę rok później, pustą. Miłość do artykułów piśmienniczych trwa nadal, acz wiem, że nie ma co kupować, wystarczy oglądać, bo może i minęło kilkanaście lat od bycia dzieciakiem ale systematyczna jestem dalej jak gówniarz. Jestem gówniarą i okej mi z tym… tylko czasem wizja bierze górę i wtedy oszukuję się, że może mi się uda blogować.

Mój minimal pursuit stanął w miejscu. Z odgracania przerzuciłam się na niegromadzenie. Mieszkam po drugiej stronie kraju, ale wiem, że niebawem wrócę. Ogarnianie dwóch miast, dwóch mieszkań, kilkanaście, niekiedy kilkadziesiąt godzin miesięcznie w polskim busie – misja to nie zwariować a nie minimalizować posiadanie.

Budzę się na wiosnę, zobaczymy, co będzie.

So Far So Good

_IGP0118

Święta były stresujące jak zwykle. Oby to całe odgracanie dało mi przestrzeń niezbędną do poczynienia zmian w głowie i żebym, ciesząc się niezależnością i nie bojąc się w kólko o stan posiadania, mogła podejmować ryzyko i decyzje, które będą moim własnymi, bez konieczności konsultowania z rodziną wszystkiego cały czas. Nuda? Tak!

A zatem – zaczęłam od ciuchów…

…i jest dobrze, bo nie sądziłam, że pozbywanie się rzeczy może być tak proste. Jasne, jest czasochłonne i bardzo chce, żeby już było po wszystkim ale okazało się, że decyzje dotyczące tego, co zostawić, co sprzedać, co oddać znajomym i potrzebujący i co nadaje się na przemiał są dużo łatwiejsze niż zakładałam. Mam  już 360 litrów ciuchów, które robią wyjazd z szafy (czyli 3 potężne wory na śmieci) a to jeszcze nie koniec. Postanowiłam nie zajmować się na razie letnią garderobą bo mimo tego, że już prawie kwiecień to Polska przykryta jest śniegiem. Nie wiem jak się zająć letnimi ciuchami bo nie wiem co będę nosić latem. Ciężko jest wymyślić, jak ma wyglądać moja ponadczasowa, letnia garderoba gdy za oknami ani śladu wiosny także wrócę do tego za parę miesięcy. Ale póki co jest nieźle.