Ultraprosty chleb powszedni czyli powrót do rzeczywistości

WP_20140827_002

Okej. Nie było mnie całe wakacje. Mieszkam już w innym mieście, inaczej jem, jestem weganką od jakiegoś czasu i mam się bardzo dobrze, mam nowy plan treningowy od paru dni, zaczęłam kolejne opakowanie białeczka i chcę iść jeszcze na studia (zobaczymy czy wypali hehe). Jesienny klasyk czyli powakacyjny powrót do rzeczywistości😉 Oczywiście zastanawiałam się po drodze czy nie zlikwidować bloga ale jednak zostaję. To i tak kropla w blogosferze😉 nikogo nie zabiję zostając. Pisanie nie pozwala na bylejakość, zmusza do czytania, do ogarniania nowych rzeczy, do zastanawiania się nad swoimi wyborami fitnessowo-żywieniowymi i trzyma to wszystko w kupie!

Ok. Bez zanudzania! Podaję Wam przepis na białkowy chleb bananowy – mój absolutny go-to ostatnich kilku tygodni! Przepis jest autorski, jest tym, co się sprawdza po połączeniu różnych przepisów z sieci (np. tego). Jedziemy!

InstagramCapture_81fedf76-d328-4c0f-9048-7711c80b333f

suche składniki:
1 3/4 kubka mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1/4 łyżeczki soli
2 miarki białeczka Vegan Blend

mokre składniki:
1/3 kubka oleju z pestek winogron LUB ciepłego oleju kokosowego LUB musu jabłkowego
4 małe lub 3 duże banany (najlepiej przejrzałe)
1/3 kubka rozdrobnionych daktyli lub brązowego cukru
1/4 kubka wody

Rozgrzać piekarnik do 180-200 stopni. Połączyć suche składniki w dużej misce i odstawić na bok. W innym naczyniu zblendować mokre składniki. Połączyć suche składniki z mokrymi i wymieszać do osiągnięcią w miarę gładkiej konsystencji. Przełożyć do naoliwionej formy. Piec 45-60 minut (sprawdzić wykałaczką lub widelcem – jak nic się nie przykleja to znaczy, że gotowe). Po wyjęciu z piekarnika dobrze ostudzić przed pokrojeniem. Dobrze smakuje z odrobiną powideł śliwkowych.

Dajcie znać czy Wam smakuje🙂

Moja historia w pigułce ;)

Martwiłam się, że nie mam jak mierzyć swoich sukcesów i żałowałam, że nie robiłam zdjęć i nie będę mieć eleganckiego before/after🙂 Ale w ramach świąt w starym mieszkaniu znalazłam kartkę z pomiarami, które zrobiłam prawie równo rok temu. Zmierzyłam się znowu, dopisałam wyniki i zrobiłam zdjęcie. Oto efekt!

WP_20140416_8094

Plus minus straciłam 10 cm wszędzie! Nie poddawajcie się a dobre rzeczy przyjdą, nie byłam na diecie, zaczęłam po prostu lepiej jeść, regularniej, oraz wprowadziłam sport w rozkład dnia – codziennie. To jest takie proste🙂
A Wy, jesteście zadowoleni z jakości swojego życia? Ze swoich postępów? Dajcie znać!

Aktywność na wynos – bycie fit a wyjazd

ww
Jutro wyjeżdżam, prawie do końca miesiąca będę w rozjazdach. Niedługo posypią się na fitblogach posty o tym, jak przeżyć święta, też już na nie czekam, fakt, acz w tym roku święta liczę w godzinach a nie w dniach także Wielkanoc raczej przeżyję bez bólu. Chcę dziś sprzedać Wami kilka wskazówek dotyczących bycia fit podczas wyjazdu, gdy nie ma się dostępu do swojej rutynki, sprzętu, jest się zależnym od innych ludzi w swoich fit przedsięwzięciach. Ja sama często wyjeżdżam na tydzień lub dwa i wypracowałam kilka (póki co tylko kilka) sposobów na to, jak sobie radzić – bo chcieć to móc. Wygląda to mniej więcej tak:

  • Myśl zanim zjesz. Weź ze sobą coś w stylu Sporka (bez problemu do kupienia w sklepach sportowych) i nie rezygnuj ze zdrowego jedzenia. Kup warzywa i je chrup, twaróg, płatki owsiane, jogurt, jabłka, migdały – nawet jeśli w twoim pokoju hotelowym nie ma kuchenki lub jesteś cały dzień w pociągu to w znacznym stopniu ciągle możesz mieć kontrolę nad tym, co jesz. Wiadomo, że podróżowanie to próbowanie miejscowych wyrobów i knajp ale ważne, by robić to z głową – pozwól sobie na wypasione śniadanie albo lokalny deser-specjał ale na jedno z nich, nie oba. Masz w okolicy tylko pizzerię, chcesz coś ciepłego i opcja jogurtu Cię nie bawi? Zamów pizzę bez sera a jak będą pytać czemu powiedz, że masz uczulenie😛
  • Spandex na wierzch. Spakuj ciuchy do ćwiczeń na końcu, żeby były pierwszą rzeczą, którą zobaczysz po przyjeździe na miejsce – gwarantuję, że od razu zaczniecie się zastanawiać gdzie można by tu poćwiczyć, czy hotel ma siłownię, basen, a może czy mijaliście jakiś dobrze rokujący dla biegania park w drodze do miejsca zakwaterowania?
  • Zrób poranki czasem dla siebie. Wstań wcześniej i poćwicz. Jeśli w pokoju jesteś tylko Ty to super, możesz porobić dywanówki, jeśli masz mało czasu zrób HIIT. Nie zawsze jednak ma się ten luksus – żeby nie pobudzić towarzyszy warto wyjść pobiegać po okolicy albo jeśli pogoda nie sprzyja np. po schodach, tam i z powrotem. Pamiętaj, że jeśli to hostel i mieszkasz z 5 osobami w pokoju wróć na tyle wcześnie, żeby się umyć w spokoju a nie wylądować na końcu kolejki bo wszyscy już zdążyli wstać lub ustal z nimi prysznicowy plan gry poprzedniego dnia. Albo, jeśli nie musisz iść na integracyjny spęd, ćwicz wieczorem, też dobrze!
  • Używaj nóg. Jeśli miasto nie jest rozmiarów megacity a Ty mieszkasz blisko miejsc, do których codziennie się udajesz to zrezygnuj z karty miejskiej czy kupowania biletów komunikacji miejskiej. Poranny szybki krok – to jest to! Postaraj się codziennie znaleźć inną trasę to jeszcze przy okazji zwiedzisz kawałek miasta. Wersja nieco bardziej karkołomna: jeśli miasto ma taką możliwość to w ramach alternatywy warto wypożyczyć rower miejski, ew. skorzystać z wypożyczalni.
  • Ćwicz gdzie się da. Biegaj w kółko po parkingu, wysiadaj i spaceruj na postoju autobusu, rób przysiady na peronie, rozciągaj się w poczekalni i w przedziale, wskakuj na ławki, biegaj po schodach i nie bój się wyglądać głupio – Twoje dobre samopoczucie jest warte dużo więcej niż zdziwione spojrzenia, głupawe. Poza tym a) ludzie nie takie rzeczy widywali i b) jesteś na wyjeździe – prawdopodobieństwo, że jeszcze kiedyś w życiu natkniesz się na świadków swoich wygibasów oscyluje w okolicach ZERA. Zmień buty na sportowe i jazda! A jeśli dalej się wstydzisz to idź do toalety, zarygluj drzwi i pofikaj tam.
  • Ćwicz ile się da. Nie musisz robić 30 min treningu, zrób 3×10 minut. Albo jeden 10 minutowy – nie ważne, ważne, żeby na wyjeździe nie wypaść z gry. Prostota, regularność i brak wstydu – te trzy rzeczy pomagają przetrwać wyjazdy.

Może coś z tego wykorzystacie, jeśli tak jak ja spędzacie 12h w pociągu albo autobusie. A może macie swoje złote sposoby na to, żeby wyjazd nie zamienił się w jeden wielki cheat day (month?!)? Piszcie! Xoxo.

Jedna baba drugiej babie – motywacyjny manifest

motywacja

W gąszczu motywacyjnych memów można się pogubić, zupełnie stracić wątek i czujność. Generalnie wymioty albo śmierć to nie jest dobry pomysł. Nie i koniec – znęcanie się nie działa. Nie jestem za wymówkami ale zdecydowanie jestem za używaniem pomyślunku. Czasem po prostu dosyć znaczy dosyć. “If i rest, I rust” – odpoczynek jest integralną częścią treningu, bałwanie, który stworzył to hasło, tak samo jedzenie: “Nothing tastes as good as being skinny feels” – można jeść i w tym samym czasie być szczupłym i zdrowym. A nawet trzeba. Przykłady można mnożyć w nieskończoność ale ja o czym innym chcę teraz gadać, bo o tym już wielu gadało. O babach będę gadać.

motywki

“Train mean, stay lean”, “strong is the new skinny”,“skinny girls look good in clothes, fit girls look good naked” – strasznie dużo skupiania się na powierzchowności a tak mało o satysfakcji i samopoczuciu. Drażnią mnie te slogany, które tylko na tym się skupiają – powinnyśmy – tak, tak, zwłaszcza my, kobiety – przestać mówić sobie nawzajem jak powinnyśmy wyglądać a w zamian za taką motywację dawać sobie realne wsparcie.

Jestem też wielką przeciwniczką memów motywacyjnych, które nastawiają jedną grupę kobiet przeciw innej, tworząc sztuczne podziały tam, gdzie ich nie ma i tworząc sytuację, w której babki, które robią to, patrzą się spode łba na babki, które robią tamto. Opieranie strategii motywacyjnej na zawistnej rywalizacji lub deprecjonowaniu innych jest supersłabe. Dla visual supply z cyklu “Zumba? Bitch, I lift” i wszystkiego spod znaku “that’s cute honey” wielkie Nie. “Some moms lift more than just their kids” to kolejny okropny przykład. Nie dla umniejszania wysiłków jednej grupy na korzyść innej – aktywność fizyczna jest najbardziej egalitarną rzeczą na świecie, nie dajmy się takim zagrywkom. Wystarczy już, że teściowe czyhają na potknięcie synowych, że stażystki czekają, aż szefowej powinie się noga, w międzyczasie nabijając się z jej poczucia stylu, że piszemy i czytamy poradniki o tym, jak powinno się żyć i że wpędzamy się wzajemnie w poczucie winy – jesteśmy zaprogramowane przez patriarchat, żeby się wzajemnie nie lubić, same siebie i siebie na wzajem traktować przedmiotowo i uważać, że mamy prawo oceniać i wartościować styl życia innej kobiety. Otóż nie, nie mamy.

motywacja2

Bardzo życzyłabym sobie uwolnienia motywacyjnych memów z tego schematu lub chociaż tego, żebyśmy nie powtarzały tych sloganów bez przemyślenia konsekwencji takiego działania, a także tego, żeby aktywność fizyczna pozostała poza zasięgiem oceniania i wartościowania. Niech każda robi to, co lubi i uważa za stosowne. Kto ze mną?😉
Tak dla zdrowego stylu życia, Nie dla fit-piętnowania. Tyle w temacie – girl power!

Mea pulpa czyli prosta wegańska strawa

_IGP0003

Ryż albo kasza z czymś.
Danie o którym można powiedzieć wszystko, poza tym, że jest w jakimkolwiek stopniu odkrywcze, ale ja się tym w ogóle nie zrażam. Tym razem będzie to ryż z tofu (100% vegan) o ziemistym, orzechowym posmaku, tak jak ja to lubię.

szama
Żeby sobie zrobić powyższą pulpę potrzeba (na dwie osoby) co następuje:

Ryż gotujemy podług instrukcji na opakowaniu. Cebulkę i tofu trzeba usmażyć (owszem, smażę!), dodać soczewicy. Ja to mieszam później z ryżem w garze, w którym robiłam ryż, żeby odciążyć patelnię, bo mamy tylko jedną. Mamy obiad na 2 osoby i jeszcze na przekąskę następnego dnia.
Aha – stary ugotował ryż z kurkumą, dlatego jest żółciutki. Olej sezamowy wjeżdża na koniec, żeby się nie gotował, jako że surowy się do tego nie nadaje (więcej o olejach na WH). Takie tofu można kupić m.in. w Piotrze i Pawle a orzeszki np. na bazarku w Auchanie czy Leclercu ale jak jest olej sezamowy to można dodać nawet starą skarpetę – i tak będzie pyszne.

Lubicie szybkie pulpy czy wolicie np. jeść według zasad clean eating: 1/2 talerza to warzywa, 1/4 białko i 1/4 węglowodany? Trzymacie się tego?

Opaska do biegania Nike – nowy gadżet

pol_pl_opaska-do-biegania-NIKE-PRO-COMBAT-SKULL-WRAP-19085_4

Źródło: Nike.com

Tak mi się straszliwie nie chciało wczoraj iść na treningos, że powłócząc nogami, w drodze na siłownię przez galerię handlową, zawlokłam się do stacjonarnego sklepu Nike, żeby pooglądać kolorowe ciuszki, ładnych ludzi, obiecać sobie, że sobie coś kupię kiedyś w nagrodę jak czegoś tam dokonam. Tak kręcąc się między regałami przypomniałam sobie, że nie mam nic sensownego na głowę do biegania.

2

Biegaczka ze mnie żadna, dopiero się w to wkręcam i dopiero po mału zaczynam kminić czego mi potrzeba do komfortowego biegu – może i jest kwiecień ale ja tam ciągle widzę w prognozach temperatury poniżej 10 stopni! Nie licząc na wiele, jako że często w sklepach stacjonarnych nie ma tego co w sieci, trochę od niechcenia zapytałam pani ekspedientki czy nie ma może takiej a takiej opaski na głowę, że widziałam w internecie, że taka cienka, że do biegania, że mam portki z takiej tkaniny jak ta opaska i bardzo je lubię… Pani pokręciła głową. Nie ma. No to wróciłam do oglądania kolorowych tanktopów.

3

Nagle jednak ekspedientka wychyliła się zza regału i mówi, że ma takie a takie, i że są w promocji teraz. Yeah! Okazało się, że miała mi do pokazania dokładnie to, czego szukam i do tego -50%. Nazywa się to to NIKE PRO COMBAT SKULL WRAP. Wzięłam. Mam. Moje zatoki się ucieszą i grzywka nie będzie się cisnąć do oczu!

5

Wolicie opaski czy czapki do biegania? Zatoki zatokami a włosy? Co robicie z włosami, żeby Was nie denerwowały podczas biegu?